Istnieje polskojęzyczna społeczność internetowa, która liczy sobie setki tysięcy członków i należy do największych tego typu w naszej części Reddita – forum r/sexypolishyoutubers. Jej tematem są nagie albo półnagie zdjęcia rozpoznawalnych Polek, często twórczyń internetowych. Ten tekst nie jest do niej adresem ani zaproszeniem. Jest próbą zrozumienia, czym ona właściwie jest i co mówi o ludziach, którzy ją tworzą.
Skala, która zmusza do myślenia
Najłatwiej zbyć takie miejsce wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że internet zawsze taki był. Liczby jednak nie pozwalają przejść obok obojętnie, bo mówimy o społeczności porównywalnej rozmiarem z największymi polskimi forami tematycznymi.
Kilkaset tysięcy zarejestrowanych osób to nie margines i nie garstka dziwaków. To populacja sporego miasta, zgromadzona wokół jednego, bardzo konkretnego zainteresowania. Sama ta skala jest najciekawszym elementem całej sprawy, bo pokazuje, że nie chodzi o pojedyncze patologie, tylko o masowe, powtarzalne zachowanie. A masowe zachowanie zawsze coś o nas zdradza, niezależnie od tego, czy chcemy to usłyszeć.
Jak to działa od środka
Mechanika takich społeczności jest zaskakująco podobna, niezależnie od kraju i języka. Opiera się na trzech filarach: anonimowości, polowaniu na tożsamość i poczuciu wspólnoty wokół czegoś, czego w realu większość uczestników by się wyparła.
Centralnym rytuałem jest pytanie „kto to”. Ktoś wrzuca kadr, inni próbują ustalić nazwisko, konto, profil. To nie jest bierne oglądanie, to wspólne tropienie konkretnej, realnej osoby, najczęściej kogoś, kto nigdy nie zgodził się na bycie obiektem takiego zainteresowania. Do tego dochodzi handel i wymiana, atmosfera kolekcjonowania oraz specyficzny język, który ma odebrać całej sprawie ciężar. Im bardziej drwiący ton, tym łatwiej uczestnikowi nie myśleć o tym, że po drugiej stronie jest człowiek. Anonimowość działa tu jak znieczulenie. Pozwala robić i pisać rzeczy, których ta sama osoba nigdy nie powiedziałaby w twarz ani nie podpisała własnym imieniem.
Dlaczego akurat znane twarze
Najciekawsze pytanie nie brzmi „dlaczego ludzie oglądają nagość”, bo na to odpowiedź jest banalna i stara jak świat. Ciekawsze jest to, dlaczego akurat rozpoznawalne, konkretne kobiety, skoro internet jest pełen profesjonalnej pornografii dostępnej na kliknięcie.
Odpowiedź leży w psychologii bliskości i zawłaszczenia. Twórczyni internetowa to osoba, którą widz zna z codziennych nagrań, która mówi do kamery jak do znajomego i buduje wrażenie relacji. To buduje fałszywe poczucie dostępu, a stąd już krok do poczucia, że skoro ktoś jest publiczny, to należy do publiczności. Nagie zdjęcie takiej osoby działa inaczej niż anonimowa pornografia, bo daje złudzenie przekroczenia granicy, wejścia za zasłonę, zobaczenia czegoś, czego pokazać nie chciała. To nie jest pożądanie ciała w ogóle, to pożądanie przewagi nad konkretnym człowiekiem. I właśnie dlatego jest tak niepokojące.
Dlaczego to żyje akurat na Reddicie
Reddit nie jest przypadkowym miejscem dla takich społeczności i nie jest nim z powodu jakiejś szczególnej demoralizacji platformy. Decydują o tym cechy konstrukcyjne, które w innych kontekstach uchodzą za zalety.
Po pierwsze, niemal pełna anonimowość kont, bez przymusu podawania prawdziwej tożsamości. Po drugie, struktura oparta na zamkniętych społecznościach, które rządzą się własnymi zasadami i własną moderacją. Po trzecie, mechanika głosowania, która premiuje treści budzące najsilniejsze emocje, a pożądanie i sensacja należą do najsilniejszych. Platforma czerpie z ruchu i zaangażowania, więc dopóki dana społeczność nie przekroczy granic, za którymi grozi realna odpowiedzialność, ma warunki, by rosnąć. Moderacja takich miejsc bywa spóźniona i wybiórcza, bo działa raczej reaktywnie, po zgłoszeniu, niż uprzedzająco. W praktyce oznacza to, że ciężar reakcji spada na osoby pokrzywdzone, czyli na te, które mają w tym układzie najmniej siły.
Druga strona ekranu
O takich miejscach mówi się zwykle z perspektywy uczestnika, bo to jego ciekawość albo pożądanie jest tematem. Znacznie rzadziej ktoś zatrzymuje się nad tym, jak wygląda ta sama sytuacja widziana oczami osoby, wokół której to wszystko się kręci.
A wygląda mniej więcej tak. Kobieta dowiaduje się, że jej zdjęcia, czasem prawdziwe i wykradzione, czasem przerobione, krążą w miejscu, do którego nigdy nie wysłała zaproszenia. Że obcy ludzie ustalają jej nazwisko, komentują jej ciało i traktują ją jak rzecz do skatalogowania. Do tego dochodzi nowa warstwa problemu, czyli deepfake, bo dziś nie trzeba już nawet realnego zdjęcia, by stworzyć przekonujący fałsz. Skutki są jak najbardziej realne: poczucie zagrożenia, wstyd, lęk, czasem wycofanie się z zawodu, który polega na byciu w sieci. Cała asymetria tego zjawiska sprowadza się do jednego zdania. Dla uczestnika to rozrywka na kilka minut, dla osoby po drugiej stronie to coś, co zostaje na lata.
Co na to prawo
Pojawia się naturalne pytanie, czy takie działania są w Polsce legalne, i odpowiedź nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Punktem odniesienia jest artykuł 191a kodeksu karnego.
Zgodnie z nim, kto rozpowszechnia wizerunek nagiej osoby bez jej zgody, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat, a ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego. To mocny przepis, ale ma swoje luki, na które od dawna zwracają uwagę prawnicy. Bywa sporne, czy obejmuje sytuację, w której ktoś sam wykonał swoje nagie zdjęcie, a inna osoba rozpowszechnia je bez zgody. Jeszcze trudniejsza jest kwestia obrazów generowanych przez sztuczną inteligencję, bo deepfake nie jest w klasycznym sensie wizerunkiem nagiej osoby, tylko fałszywką, co dla prawa karnego bywa problemem definicyjnym. Do tego dochodzi droga cywilna, czyli ochrona dóbr osobistych, oraz to, że całe ściganie zależy od inicjatywy pokrzywdzonej. W praktyce więc prawo daje narzędzia, ale przerzuca cały ciężar walki na osobę, która została skrzywdzona.
Co to mówi o nas
Najwygodniej byłoby zakończyć ten tekst potępieniem garstki zboczeńców i odejściem z poczuciem moralnej wyższości. Tyle że skala zjawiska nie pozwala na taki komfort, bo setek tysięcy ludzi nie da się odprawić jako wyjątku od reguły.
Anonimowość nie tworzy charakteru, ona go odsłania. Pokazuje, co człowiek robi, gdy jest pewien, że nikt go nie rozpozna i nikt nie pociągnie do odpowiedzialności. I właśnie dlatego ten fenomen jest niewygodnym lustrem, a nie tylko ciekawostką z marginesu sieci. Można w nim zobaczyć, jak cienka bywa granica między ciekawością a okrucieństwem, gdy zniknie podpis i konsekwencja. Dojrzałość nie polega na udawaniu, że pożądania nie ma, bo to byłoby naiwne. Polega na tym, że gdzieś przebiega linia, której nie przekracza się nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy, bo po drugiej stronie zawsze stoi człowiek.
Na koniec
To nie jest tekst o tym, gdzie czegoś szukać, tylko o tym, dlaczego warto się nad tym zatrzymać. Pewien fenomen istnieje, jest ogromny i mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać. Można udawać, że to tylko internet i tylko zdjęcia, ale po drugiej stronie ekranu zawsze są realne osoby, realna zgoda, której nikt nie udzielił, i realne konsekwencje. Cała reszta to już tylko kwestia tego, czy chce się to widzieć.


Dodaj komentarz